Gra-166Niekończąca się GRA

Z GRĄ Romka Pukara związana jestem w sposób wyjątkowo osobisty. Długo namyślałam się nad tonem tej wypowiedzi, która będzie miała formę wyznania. Doszłam jednak do wniosku, że niekiedy trzeba pisać to, albo całkiem szczerze, albo - wcale. Rzecz przy tym nie w ekshibicjonizmie, lecz w potrzebie złożenia świadectwa własnych przeżyć, które równie dobrze mogą do GRY zachęcić, co zniechęcić. Jeśli zacjęcic to tych, którzy cenią sobie przygodę, także - lub przede wszystkim - ze sobą samym; tych, którzy nie wzdragają się przed eksperymentami, przed grą własnym ciałem i własną duszą po to tylko, by poznać siebie. Zniechęcić natomiast tych, co lękają się swojego podziemia i strychu, woląc przebywać na stałe w posprzątanych do czysta salonach świadomości. Tych, którzy pragną udawać przed sobą i innymi, iż nie wiedzą, że wiedzą.

Kilka lat temu przechodziliśmy z moim mężem ulicą Lipową w Lublinie i przy okazji wstąpiliśmy do budynku, gdzie wówczas miała siedzibę KPN. Szukałam Darka Wlaźlika, który nieco wcześniej opowiadał mi o MIEJSCU, w którym prowadził różne działania artystyczne z okolicznymi "bezprizornymi" dziećmi. Jego nie było, za to w sąsiednim, otwartym pokoju, przy małym stoliku zastawionym z boku słoikami z pędzlami i farbami, siedziało dwoje ludzi, pochylonych nad białą planszą kartonu i pochłoniętych jej zamalowywaniem. Zdziwiło mnie, że siedząc naprzeciwko siebie, robią to równocześnie. Zdziwiło i zaciekawiło, bowiem nigdy przedtem nie widziałam ,żeby można było malować naraz we dwoje.
Pozwolili nam przyglądać się swojemu zajęciu, a potem, kiedy w milczeniu je ukończyli, spytałam, czy my też możemy spróbować. Owszem - zaprosił nas Romek Pukar (bo już zdążyliśmy się sobie przedstawić). Rozpoczęliśmy więc z Janem naszą jedyną GRĘ, choć wówczas sądziłam, że jest to jedynie miła zabawa. Ni stąd ni zowąd, za pomocą kredek wciągnęliśmy się w zdumiewający i nieoczekiwany stan. Choć przed chwilą byliśmy w przyjaznym nastroju, znienacka zaczęliśmy z całym impetem atakować się grubymi krechami. Początkowo Jan gospodarował na swojej połowie białego kwadratu, ja jednak jęłam go zaczepiać i psuć jego staranne rysunki. On też zaczął mi "oddawać". Poczułam, że ogarni nas oboje pasja i wyładowuje się ona w zupełnym milczeniu walką na kreski i plamy. W pewnym momencie, gdy kartka zapełniła się bezładną już mazaniną, złość wyczerpała się. "Pogadaliśmy" jeszcze chwilę spokojnie, po czym - odłożyli kredki.

Na długi czas zupełnie zapomniałam o tym zdarzeniu, nie zamieniliśmy z Janem na jego temat ani słowa. Pochłonęły mnie sprawy dramatyczne i bolesne. Minęło parę lat. Kiedyś, gdy szłam na zajęcia prawie nieobecna, zaczepił mnie jakiś wysoki człowiek z ogromną czupryną rozwianych włosów. - "Mam wasz rysunek, twój i Jana" - powiedział. - "Jan od pół roku nie żyje" - poinformowałam Romka, przypominając sobie nasze wspólne spotkanie dopiero teraz. Nie miałam ochoty (ani odwagi) obejrzeć tamtego obrazu, śladu naszej dawnej "Zabawy". Kiedy wreszcie przemogłam się, z najwyższym zaskoczeniem ujrzałam coś, co z trudem rozpoznałam, jaką tamtą "rozmowę": GRA przedstawiała rysunek czarnej pajęczyny (bez wątpienia nakreslonej moimi krechami), którą Jan usiłował złagodzić kolorowymi trójkątami i kołami.

Tak zaczęła się moja znajomość z Romkiem i jego GRĄ. Zaprosiłam go na obóz filozoficzny do Turtula, z myślą by zajął studentów malowaniem, kiedy będą nudzili się w złą pogodę. I znowu - zaskoczenie. Już pierwszego dnia zasiedliśmy w kilkoro przy stole w jadalni, dobrani w zupełnie przypadkowe pary. Moją partnerką była Agnieszka, poznana w pociągu. Jako już "doświadczona" osoba postanowiłam poprowadzić nasze spotkanie na kartonie, nieco zmęczona i znudzona. Po paru minutach musiałam się jednak "dobudzić". Poczułam bowiem, że to nie ja, ale Agnieszka mnie prowadzi, i to nie tędy, gdzie ja chcę, ale - gdzie ona mi wyznacza. Ogarnęła mnie irytacja, próbowałam odzyskać wiodącą pozycję, ale było już za późno. "Moja" studentka okazała się być moją przewodniczką.
Po powrocie do Lublina okazało się, że obydwie tak byłyśmy poruszone GRĄ, że i ona, i ja spisałyśmy nasze przeżycia w grubych zeszytach. Odtąd datuje się nasza osobliwa przyjaźń, w której już nawet nie próbujemy ustalić, kto kogo prowadzi za rękę. I dokąd ......
Ale Turtul okazał się zadziwiający nie tylko dla nas obu. Wszyscy, którzy przystąpili do GRY (dwie osoby oparły się jej), przeżyli ją podobnie. Skutek był taki, że po tygodniu obcy sobie zupełnie ludzie wiedzieli o sobie tyle, ile w normalnych warunkach wie się o drugim, bliskim człowieku po wielu latach znajomości.

Raz jeszcze wprowadziliśmy z Romkiem GRĘ - na konferencję filozoficzną na temat "dialogu kultur", w której brali udział moi koledzy. Poważni, zrównoważeni, kulturalni filozofowie.
Kątem oka obserwowałam, jak wychodziły z nich dzieci - rozbawione, rozzłoszczone, onieśmielone. Dwaj najbardziej (jak sądziłam) opanowani zaczęli znienacka wciskać w pokłady farby kubki po Coca Coli, by na koniec wysypać tam zawartośc popielniczki... Ja grałam z Pawłem - wcześniej byliśmy na siebie naburmuszeni. Po zakończeniu GRY zaczęliśmy rozmawiać przyjaźnie, jak gdyby nigdy nic...

Nie potrafię jeszcze zdać sobie sprawy, czym jest i czym być może GRA. Choć gramy ze sobą ciągle i bezustannie o niej rozmawiamy, za każdym razem objawia mi się inna jej strona.
Czy jest ona psychoterapią? Tak! Czy jest sztuką rozładowywania napięć i konfliktów? Tak! Czy jest sztuką rozmawiania bez słów? Tak! Czy jest sposobem pojednania się skłóconych osób? Tak!Czy jest drogą na skróty do czyjejś duszy? Tak! I czy do własnej tej jej części, która ukrywa się przed świadomością? Tak! Czy jest rodzajem sztuki dostępnym dla nieprofesjonalistów? Tak! Czy jest śladem obecności nieobecnych ? Tak! Czy jest też modelem GRY Człowieka z Losem?....
Dla mnie, zarówno jako dla żywej osoby, jak też jako dla filozofa, GRA stanowi nieodłączną już część myślenia i zachowania. Uczy mnie, że nie ma takiej przepaści między dwojgiem ludzi, takiej "czarnej dziury", z której nie dało by się wydobyć kolorów - na czerń zawsze można nałożyć żółć, biel, czerwień. Tam, gdzie słowa urywają się - w obrazie, w gniewie, w rozpaczy - może rozpocząć się rozmowa kolorowymi barwami. Uczy mnie też, że nie ma takiej bieli, która nie dałaby się zabarwić albo wręcz zaczernić. Że biel jest potencjalnością tęczy, a czerń - byłą bielą...

GRA obrazuje mi także, że stosunki między ludźmi są nie tylko ich teraźniejszością, ale też ich przeszłością i przyszłością. Piękny, estetyczny, "wurównany" obraz niesie w sobie pod powierzchnią zapis poprzedniej brzydoty. Jest w niej też tajemnica - tajemnica drogi, jaką z partnerem, bez świadków i ich zbędnej interwencji, przeszliśmy do pojednania.
GRA wydaje mi się "tanim" sposobem zastąpienia psychoterapii - być może nie do końca. Daje mi poczucie, że to ja sama poradziłam sobie ze swoimi frustracjami. GRA daje szansę tym, którzy nie mają zaufania do słów, wstydzą się ich lub są milczkami. Jest sposobem przełamania nieśmiałości. Można za jej pomocą wyznawac uczycia tak "złe", jak i dobre. Przy tym potrzebując partnera, pozwala poznać nie tylko jego, ale też samego siebie lepiej i głębiej, niż tylko przez introspekcję.

GRA ma swoją magię. Uruchamia ona i dynamizuje przepływ czasu, a zarazem go zatrzymuje. Patrząc na NASZ obraz, nie zapominam o przeszłości (wiem, że Jan nie żyje), ale gdy go wieszam na ścianie, jest on naszym TERAZ. Nawet oprawiona w ramki, GRA żyje nadal i jest otwarta. Podobnie, jak na LOGO GRY, na którym kolory Nieba i kolory Ziemi przechodzą w siebie i przenikają się nawzajem. Każda barwa ma dla siebie własne miejsce - a sąsiadując z drugą, nie kłóci się z nią, lecz dopełnia. W pewnym punkcie, styku Ziemi z Niebem, światło rozszczepione na różne kolory - rodzi Roślinę. Małą, kruchą - niech to będzie choćby tylko dmuchawiec. Kruchy i wiotki, którego pyłki ulatują z wiatrem. Także kolorowym. Byleby koło nigdy się nie domykało. Byleby między Przeszłością a Przyszłością pozostawał wąski przesmyk - niedomknięty lufcik na ciągle nowe i żywe Teraz. Na ten nikły okruch czasu, z którego buduje się wieczność, podobnie jak z maleńkich punkcików, nieskończona linia.
Linia Życia, które jest MIEJSCEM GRY człowieka z Losem. Albowiem z Losem można walczyć, można mu się też biernie poddawać, ale również - można z nim grać. Grać w kolory ....